ZMIEŃ MYŚLENIE O CZYTANIU KSIĄŻEK DZIECIOM

Jednego razu rozmawiałam przez telefon z moją znajomą o czytaniu książek dzieciom. Dla mnie, każda taka rozmowa, to “woda na młyn” ;). Uwielbiam obalać mity wokół czytania dzieciom i dzielić się własnym doświadczeniem- jeśli ktoś szuka u mnie rady- oczywiście. W przypadku tej krótkiej rozmowy jak i przy okazji każdej innej rozmowy o czytaniu dzieciom, odnoszę wrażenie, że każdy z Nas, kto stanie się rodzicem, przejdzie dokładnie przez tę samą drogę. Najpierw urodzi się Wam dziecko, będziecie wytrąceni z równowagi na jakiś czas. Potem dojdziecie mniej więcej do ładu. Gdy już rzeczywistość będzie na nowo ogarnięta, uznacie, że wypadałoby coś więcej robić z dzieckiem niż tylko go karmić, przebierać i nosić. Uznacie, że możecie dziecku czytać książki. Przecież czytanie zawsze było, jest i będzie ważne. Poza tym no… umiecie czytać. No to bahhhh! Co tam by można dziecku poczytać. Zaczniecie sobie przypominać czerwonego kapturka. Potem uznacie, że to chyba słaba historia jak na początek podróży czytelniczej, skoro ktoś kogoś zżera. Zaczniecie szukać w necie. Jest jakaś perełka od influenserki. Ładna okładka, ładna grafika. Odbieracie przesyłkę od kuriera, nawet treść wydaje się ok. Czytacie! Tak! Myślicie … czytam dziecku! Robię to! No i co wtedy? Wtedy przejdziecie przez kolejny etap. To etap zdziwienia! Hej! Dziecko nie zastygło i nie słucha! Nie usiedzi mi przy tym czytaniu… 😉 Ej! Ale to przecież czytanie! To przecież bajka! Kaaaaaman! Dzieci to lubią, noooo… posłuchaj, oto kojący głos matki lub ojca, czemu się wiercisz, czemu słuchasz tylko 15 sekund?! Wtedy przed Wami kolejny etap! Uwaga! Pomyślicie tak! To za wcześnie! Rety… przesadzam! On/Ona mają dopiero kilka miesięcy! Bez przesady! Zacznę czytać jak się dziecko zainteresuje ! Wychwycę ten moment i zacznę mu czytać! Ze spokojem! No i wtedy! I wtedy… Wtedy odkładacie czytanie i ono zazwyczaj nie wraca albo wraca ale zbyt późno, albo… powraca ale w formie, która dziecka nie interesuje. Czytanie… kto dziś czyta…nie będę dziecka zamęczać jak nie chcę. Szczerze… gdyby ktoś mi czytał tak, jak czyta się gazetę, też uznałabym to za zamęczanie. Nie mniej…. wracając do wcześniejszych etapów. Mogą one wyglądać inaczej! Możesz już w momencie rozpoczęcia czytania (wtedy, kiedy odbierasz książkę od kuriera) przestać oczekiwać od dziecka czegokolwiek i cała ta powyższa historia ulegnie zmianie. Jeśli dziecko nie podąża za Tobą (nie znam takiego, które od urodzenia by podążało za czytającym) to nie oczekuj, czytaj dalej, dziecko widzi co robisz i zaczyna się powoli tym interesować. A przede wszystkim dziecko słyszy żywą mowę, to podstawowy warunek, by rozwijało mowę od pierwszych dni życia. Gdy już po kolejnych miesiącach zauważysz, że chce gryźć książkę, przewracać strony, to masz wyraźny sygnał, że książka go interesuje. Potem czytaj tak, by przykuć uwagę dziecka. Angażuj się, zabaw się czytaniem, wczuwaj się w postaci z bajki, naśladuj głosy, szalej. Nigdy nie czytaj monotonnie, siedząc w miejscu i oczekując wysłuchania. Daj z siebie odrobinę dziecięcej natury- która w Tobie siedzi. Dziecko wkrótce wynagrodzi Cię zainteresowaniem. Zaufaj mi! BajOla- mama dwójki zasłuchanych w czytaniu dzieci. Jeśli chcesz nauczyć się czytać dziecku w niecodzienny sposób, czekaj cierpliwie na mój kurs online, który pojawi się wkrótce.

ZMOTYWUJ MNIE DO CZYTANIA DZIECKU

Siedziałam tak sobie wczoraj wieczorem i zastanawiałam się, co ja Wam mogę na tym moim blogu ciekawego napisać. Wiele tematów przyszło mi do głowy ale myślę sobie, że przecież ten blog nie jest wyłącznie dla mnie (w jakiejś części jest, bo czasem wylewam tutaj własne rozkminy). On jest głównie dla Was.
Zadałam więc Wam, drodzy czytelnicy, pytanie na moim Instagramie @bajola__co Was nurtuje najbardziej gdy czytacie dzieciom i… padły pytania. Z wielką radością śpieszę z odpowiedzią, bo to ciekawe pytania były.

1. Jak się zmotywować, by codziennie czytać dziecku. Czasem po ciężkiej nocy nie mam ochoty na nic innego poza kawą. Daj mi kopa.

Odpowiedź: Doskonale Cię rozumiem kochana mamo. Ja też mam czasami wszystkiego dość. Też mi ciężko, też nie śpię od kilku lat (buhahahaha- to nie jest żart- tylko matka zrozumie). Pamiętaj, czytanie ma być przyjemnością dla Was, czyli i dla Ciebie i dla dziecka. Przypomnę Ci o najważniejszych korzyściach jakie płyną z czytania. Gdy pijesz zimną kawę i wraz z nią napływają wyrzuty sumienia, że nic kreatywnego jeszcze dziś z dzieckiem nie zrobiłaś to buch sięgnij po książkę i dajcie sobie choćby 5 min bo…

– bo książka da Wam moment wspólnego przeżywania konkretnej historii. Gdy przeczytasz o zmartwionej myszce, dziecko wejdzie w tę emocję razem z Tobą, a Ty jak taki anioł, możesz go właśnie w tej chwili otoczyć pełnym zrozumieniem co do tej emocji, którą właśnie współodczuwa z myszką. Kiedy ponownie poczuje się smutny, a Ciebie nie będzie obok, nie będzie czuł się wyobcowany w tych odczuciach, bo już kiedyś smucił się razem z Tobą u boku. Oswajanie emocji to długi proces, oczywiście, w tym długim procesie bądźcie razem i właśnie niech czytanie będzie jednym z narzędzi, by oswajać emocje. U Nas tak to działa. Mój starszy syn jest na początku drogi oswajania emocji, jednak historie bohaterów książek, to stały element pracy z emocjami na co dzień.

– bo książka podsuwa Twojemu dziecko nowe słowa. Przypomnisz sobie o tym na placu zabaw, gdy Twoje dziecko konstruktywnym zdaniem odpowie innemu na zadane pytanie, a Ty skojarzysz, że to jest to zdanie, które odczytałaś mu 3 dni temu. Sama byś pewnie owego zdania nie użyła w konkretnym kontekście. Ale to właśnie dzięki Tobie, dziecko zna słowa, które ukrywają mądre książki.

– bo książka odpowiada na wile pytań o świecie.
Jeśli nie pojedziesz w góry, nie pojedziesz nad morze, nie polecicie akurat w kosmos w tym roku 😉 to… nic straconego. O tych wszystkich miejscach dziecko może dowiedzieć się z oczu i ust własnego rodzica, a nie z ekranu telewizora. Pokaż jak fascynuje Cię świat z pozycji dywanu. Wyobraźnia dziecka zaskoczy Cię już wkrótce.

A jeśli szukasz odpałowych książek, które bawią zarówno rodzica jak i dziecko, to pisz na priv, polecę Ci kilka.

2. Dlaczego moja dwulatka nie chce słuchać, gdy jej czytam? Trzylatek słucha i chce więcej a dwulatka kiepsko się interesuje moim czytaniem. Angażuję się na 100%, ale ona nie jest zainteresowana. 

Odpowiedź: Z tym czytaniem dzieciom, kochane mamusie i tatusiowie, to jest tak, że dziecko nie zawsze jest nim zainteresowane. I to jest jak najbardziej ok.
Gdy 3-latek ma ochotę na wspólne wsłuchiwanie się w opowieść, nie musi jej jednocześnie mieć 2-latek.
Zupełnie rozumiem, że Was to zastanawia, intryguje i Wasze myśli krążą wokół tego, co jeszcze można zrobić, by zachęcić dziecko do wspólnego czytania.
Opowiem Wam, jaki system sprawdza się u Nas.
Załóżmy, że angażujecie się w czytanie na 100%, że naśladujecie głosy bohaterów i bawicie się mimiką twarzy wg. wszystkich moich zaleceń na YouTube BajOla. Okazuje się jednak, że to nie jest dla dziecka wystarczające.
Co robi BajOla w takiej sytuacji z własnym dzieckiem? BajOla czyta dalej, sama, dziecko biega, bawi się czymś innym a BajOla czyta. Tak jakbym czytała wyłącznie dla siebie. Nie zależy mi na tym, by w danej chwili utrzymać uwagę dziecka, jeśli w nim nie ma owej chęci, nie oczekuję od niego niczego konkretnego. Po prostu czytam dalej. Dzieci najwięcej uczą się poprzez obserwację, naśladownictwo. Zatem jeśli dziecko nie słucha opowieści, nie wykazuje zainteresowania książką, mimo Naszego największego zaangażowania to… spokojnie, nic na siłę, czytajmy dalej bez oczekiwań. Dziecko wkrótce zacznie Nas naśladować, ale to potrwa. Aby książka gościła w życiu dziecka, pokaż rodzicu jak gości w Twoim. Chwyć po książkę i zerkaj na dziecko, ono zdradzi Ci spojrzeniem, jak bardzo się Tobie przygląda. Jednego dnia do Ciebie dołączy, choćby na chwilę. Cierpliwości. To proces.

Kochani… pozostałe pytania I ODPOWIEDZI w kolejnym artykule za tydzień.

C.D.N.

O CZŁOWIEKU CO KUPIŁ WSZYSTKO, A NIE MIAŁ NIC

Piszę ten wpis, jak i te dwa poprzednie, w okolicach północy. Dzieci śpią. Piszę i myślę jaką historią przedstawić Wam to, co właśnie siedzi mi w głowie.
Może ujmę to tak.
Rozkminiam ostatnio czym jest poczucie własnej wartości dla mnie. Czym było do tej pory, albo czym myślałam, że było i… czym jest teraz gdy zaczynam o nim myśleć samodzielnie.

Myśleć samodzielnie? Laska? Dopiero teraz myślisz samodzielnie?

Zaskoczę Cię! Tak! Wiele razy łapię się na tym, że w pewnych tematach myślałam o różnych sprawach tak jak wszyscy dookoła. Myślałam tak, jak myśleli moi rodzice. Myślałam tak, jak się ogólnie przyjęło. Myślałam tak, jak ktoś powiedział, że wypada albo… w ogóle nie myślałam nic bo się temat nie nawinął i nie było rozmyślania.
Wiele kwestii analizowałam od dawna ale pewne z nich, takie jak poczucie własnej wartości, nie były w obrębie moich rozkmin bezpośrednio.

Dlaczego?

Bo jakbyście mnie kroili nawet, to bym powiedziała Wam, że ja mam poczucie własnej wartości na wysokim poziomie na pewno! O!
Aż do tego dnia…

Aż do dnia, gdy usłyszałam w podkaście u Okuniewskiej, że poczucie własnej wartości to nie jest to samo co pewność siebie.
A potem przeczytałam jakiś artykuł na fb, że dziś większość ludzi czerpie poczucie własnej wartości z zewnątrz a nie z wewnątrz.

I tu myślę sobie… no raczej… wiem o czym mowa, doświadczam tego, obserwuję to.

Osobiście swoje niedoskonałości zawsze lubiłam w skorupkę jakąś otoczyć, jak w tej baśni o muszli co to w nowy rok wyszła na fb.
Otaczałam i pielęgnowałam, a jak ktoś naruszał ową skorupkę, to odczuwałam niepokój.

Dlaczego?

BO konfrontacja z tym co nieprzepracowane jest bolesna. A kto lubi jak boli? NO ja nie bardzo.

NO ale…. moje poczucie właśnie wartości ostro trenuję ostatnio, stawiając granice w kilku mega ważnych sferach. Jednak dziś opowiem o tym co mnie intryguje, gdy to poczucie buduje się na zewnątrz. Buduje się posiadaniem, porównywaniem się do innych i jeszcze większym posiadaniem.

Od początku.

Znam człowieka, który własną wartość zakopał głęboko, w ogrodzie. Zapomniał o niej. Nie otaczał w skorupki żadne, może i zapomniał, że tam w tym ogrodzie leży zakopana. A może pomyślał, że ktoś ją mu zabrał. NO nie wiem. Ale obok ogrodu wybudował pałac. W tym pałacu było wszystko co trzeba mieć, co wypada mieć, co powinno się mieć, co warto mieć i co inni mają. Było pięknie, gustownie, no…idealnie było człowieku. Gdybyś to widział….
Miał też przed pałacem wszystko co trzeba, powinno i wypada.
Gdy odwiedzali go niespodziewani albo i spodziewani goście, miłym komentarzom nie było końca.
Człowiek ten uwielbiał gości.
Czuł się wtedy dobrze, czuł się lepszy jakiś taki.
O wszystkim co miał opowiadał, znał się.
Ale…
gdy goście odjeżdżali, on siadał w pałacu, sięgał po drinka i myślał.
Czasem wspominał co dobrego o nim goście mówili, a czasem pogrążał się w myślach na własny temat.
Myślał o sobie źle.
A te złe myśli, które zatruwały mu głowę, truły też ciało. Takie ciało było przepełnione stresem, stres wzmacniał ocenę i krytykę w stosunku do siebie ale i innych.
Ten człowiek ranił otoczenie, a najbardziej tych których kochał.
Za to, że nie mają, że nie wiedzą, że nie potrafią, że…że…że….

Jego historia nadal się toczy… gdzieś z dala ode mnie.
Kiedyś dopiszę tu pewnie dalszą jej część, gdy będzie mi dane ją poznać.

Tak myślę sobie, że każdy z Nas będzie kiedyś czuł się wartościowy, szkoła życia Nas tego nauczy. W jakiś sposób na pewno.
Tylko… jaki poniesiemy koszt?.

Co do siebie mówisz gdy jesteś sama? sam?

Co do siebie mówisz, gdy ktoś wydaje Ci się lepszy?

Czy uważasz, że ktoś jest lepszy?

Wartość jest w Tobie nawet gdy nic nie wiesz, gdy nic nie masz, gdy nie jesteś na bieżąco, gdy nie ogarniasz, gdy mówią o Tobie źle albo wcale, gdy się liczysz lub nie. Wartość nadajesz sobie sama, nadajesz sobie sam.

Życzę, by koszt pracy nad sobą był jak najniższy.

Obudź się <3

DLACZEGO NIE CIERPIĘ GAWĘDZIARZY…

Czy masz czasem tak, że gdy rozmawiasz z człowiekiem i słuchasz jego opowieści to w pewnym momencie masz wrażenie, że gdybyś nagle zniknęła, opowiadacz pewnie by tego nie zauważył? Mimo, że rozmawiacie wyłącznie we dwójkę?

Chodzi mi o ten moment, kiedy ewidentnie czujesz, że w tym “dialogu” – a tak naprawdę monologu, bardziej liczy się autoprezentacja Twojego rozmówcy niż rozmowa z Tobą.

No ja takie odczucia miewam. Nie lubię tego typu rozmów. Nawet kiedy owy monolog się kończy a ja, uradowana swoją kolejnością, dopowiem co nieco, rzucę wnioskiem, to wniosek ten jest rozjechany kolejnym krasomówczym monologiem. Wniosek jest zamieciony pod dywan bowiem monolog nie ma nic wspólnego z dialogiem, a odniesienie się do wniosku to namiastka dialogu.

W trakcie trwania takich rozmów, mam wrażenie, że dialog jest towarem deficytowym. Może czas na prowadzenie szkoleń pt. ” Sztuka dialogu-jak rozmawiać z człowiekiem”.

Po co dziś piszę w tym temacie?.

Bo temat jest niezwykle ważny. Bo zahacza o SŁUCHANIE siebie na wzajem. A to nie jest intuicyjna umiejętność 😅.

Nie od dziś wiadomo, że umiejętność przemawiania, opowiadania, ciekawego gawędzenia czy też mądrego wypowiadania się na jakiś temat, plasuje mówcę w postrzeganiu odbiorców na wysokim poziomie. Człowiek, który pięknie włada językiem, jest uważany za inteligentnego, no napewno inteligętniejszego niż ten, co to zdania sklecić nie potrafi w żadnym temacie.

No i masz takiego krasomówcę, co to się go pięknie słucha i… no może plasuje się on wysoko w uznaniu społecznym bo pięknie gada ale… słuchać go nie możesz i pięść w kieszeni zaciskasz. Jedyne o czym myślisz to “zniknąć” lub otworzyć w kieszeni niezawodny scyzoryk 🤣🤣🤣.

Dlaczego tak czasami czujemy?

Bowiem w pięknej mowie, w opowiadaniu, w gawędzeniu nie liczy się sam kunszt uprawiania owej sztuki. Nie liczy się autoprezentacja, chwila błysku czy też spełnienie potrzeby czucia się kompetentnym rozmówcą.

Liczy się coś więcej, a dokładnie ktoś więcej.

Liczy się odbiorca komunikatu, liczy się człowiek, który Cię słucha.

Czułość na jego odpowiedź, wniosek, chęć rozpoczęcia dialogu, zadanie pytania wskazuje na to, że najpiękniejszy nawet monolog ma szansę przerodzić się w żywy dialog. A to w dialogu drzemie esencja komunikacji, to dialog pozwala zetrzeć się dwóm odbiorcom świata, dwóm poglądom, dwóm doświadczeniom. Wreszcie dwóm osobom, które mają coś do powiedzenia.

I żeby było jasne, w moich dzisiejszych rozważaniach nie mówię o wystąpieniu publicznym, w którym głos oddaje się jednemu mówcy a ten raczy monologiem słuchaczy. Nie … ja tu dziś prawię o rozmowie, w której uczestniczą co najmniej dwie osoby, z tymże jedna z nich mówi by błyszczeć, a druga stanowi jedynie tło.

Takim rozmowom mówię stanowcze DOŚĆ TEGO!

Rozmowa opiera się na dialogu. Koniec i kropka. Z monologiem zapraszam na scenę lub… przed lustro.

Jeśli uważasz, że Twój monolog jest ważny, to pamiętaj, że jest on tak długo ważny, jak długo ktoś chce Cię słuchać. Jeśli odbiorca czuje się zniecierpliwiony, oznacza to, że przestał się czuć ważny, bowiem zabrakło dialogu.

Zatem mój drogi złotousty kolego i koleżanko, zatrzymaj się czasem, gdy do mnie mówisz i rozejrzyj się, czy nadal za Tobą podążam, bo jeśli nie to… to znaczy, że nie dbasz o mnie w tej rozmowie czyli… nie potrafisz podarować własnej uwagi, nie potrafisz SŁUCHAĆ.

Rety.

Wyrzuciłam to z siebie.

Też tak masz?

Napisz w komentarzu ❤️

 

  1. BajOla pozdrawia.

 

JEDZIEMY Z TYM BLOGIEM MOJE MIEJSCE W SIECI

Pamiętam, że zawsze chciałam mieć bloga. Nie do końca wiedziałam o czym będę pisać, ale … chciałam po prostu pisać. Miałam kilka podejść w kierunku tworzenia bloga, powstało na tę cześć nawet kilka tekstów. Jednak wszystko ostatecznie spłonęło na panewce. Tak chyba miało być. Zamiast bloga, utworzyłam kanał na YouTube, który działa i daje ludziom wartość. Jara mnie to. To teraz wjeżdżam z marzeniem o blogu. Nadal lubię pisać, nadal chcę to robić, już teraz wiem o czym do Was pisać. Od razu dodam, że nie będę się tym blogiem w żaden sposób ograniczać, nie będę narzucać sobie ram ani planów, nie będę stawiać celów w tym obszarze, obiecywać częstych treści. To ma być spontaniczny blog, tak jak spontaniczne są moje życiowe rozkminy. Raz podzielę się tu z Wami moimi storytellingowymi tipami, następnym razem opisze moje rewolucyjne przemyślenia, które być może dopadną mnie w windzie lub podczas karmienia moich dzieci. Taki będzie właśnie mój blog. Nieregularny, jak drzemki mojego syna, spontaniczny jak prawdziwe życie matki, pełen emocji jak odpalanie mojego wv passata (z modlitwą w tle by odpalił). A dzisiejszy wpis jest powitalny. Witajcie koleżanki, witajcie mamy, witajcie panowie i panie, witajcie słuchacze i witajcie uczestnicy szkoleń. Każdy z Was odnajdzie tutaj dawkę treści dla siebie. Oto moje miejsce w sieci. BajOla <3 <3 <3